Na pierwszy ogień pójdą okna. Myślałam, że ich wybór okaże się dużo prostszy. Niestety... byłam w błędzie. I to tym bardziej, że nie tylko sama musiałam wiedzieć, czego chcę, ale również musiałam stoczyć walkę z moją drugą połówką. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. :) Największy problem dotyczył oczywiście koloru. Ja uparłam się na antracyt, a mój narzeczony na złoty dąb. Nie mam nic do tego drugiego, ale w tej chwili większość wybiera okna albo białe, albo właśnie złoty dąb. To spowodowało, że nieco "przejadł" mi się ten kolor. Poza tym od strony wewnętrznej narzucałby kolorystykę, a ja chciałam coś neutralnego, do czego wszystko będzie wyglądało ok. :) Oczywiście pozostaje jeszcze kolor biały, ale jeśli nie są to drewniane okna, to już z odległosci kilometra widać, że to plastik, a to zupełnie mi nie odpowiada. Myślę, że kolor antracytowy by "nie przeszedł", ponieważ na początku znajdował się w gamie kolorów niestandardowch, ale jakimś cudem, z dnia na dzień, stał się kolorem standardowym! Nie wiem, o co chodzi, ale naprawdę się ucieszyłam. No i narzeczony zmiękł, bo nie trzeba było dopłacać. ;) Kolejnym problemem (na szczęście dużo mniejszym) okazały się szprosy. Bardzo chciałam, żeby były w górnej części okna, ale mój J. uznał to za "zbędne udziwnienia". Ja nie wiem, co jest z tymi mężczyznami. Jakakolwiek zmiana, dodatek, odejście od normy budzi w nich straszliwy lęk. ;) W końcu doszliśmy do porozumienia i będą szprosy w części okien. Wspominałam już, że remont to wieczny kompromis? ;)